11.01.2019

Święta, święta i… korpoprezenty!

Wino? Banalne. Miód pitny? Jeszcze banalniejsze. Czekoladki? Stać nas na coś bardziej kreatywnego. Świąteczny prezent biznesowy to nie tylko sympatyczne podziękowanie za całoroczną współpracę. Ma on również wymiar strategiczny. Tak. Im bardziej się postarasz o wyjątkowość i personalizację upominku, tym większy zachwyt pojawi się na twarzy obdarowanego, a co za tym idzie, współpraca będzie chętniej kontynuowana w przyszłym roku. Dlatego…

11.01.2019

Better safe than sorry

Żyjemy w dobie Facebooka, Instagrama, Youtube’a, słowem – cyfrowego ekshibicjonizmu. Przyzwyczailiśmy się, że wszystko jest publiczne i na widoku. Również dane wrażliwe… Postawmy sobie jednak szczere pytanie: kto z nas faktycznie strzeże informacji o sobie? Wielu osobom wydaje się, że niektóre dane są bez znaczenia. Istnieją jednak pewne firmy, które patrzą na tę sprawę zupełnie inaczej, oczami wyobraźni widząc spore…

11.01.2019

Pieniądze szczęścia nie dają, dopiero zakupy

Być czy mieć? Odwieczny dylemat… Część osób powie „być”, ktoś inny powie „mieć”, a kolejna grupa stwierdzi, że jedno nie wyklucza drugiego. Holistycznie rzecz można ująć tak: wszystkie istoty żywe dążą do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb: jedzenia i snu, człowiek zaś dodatkowo – do zaspokojenia potrzeby psychicznego bezpieczeństwa i szczęścia. Człowiek mający zabezpieczony byt materialny i środki odłożone na przysłowiową…
Wino? Banalne. Miód pitny? Jeszcze banalniejsze. Czekoladki? Stać nas na coś bardziej kreatywnego. Świąteczny prezent biznesowy to nie tylko sympatyczne podziękowanie za całoroczną współpracę. Ma on również wymiar strategiczny. Tak. Im bardziej się postarasz o wyjątkowość i personalizację upominku, tym większy zachwyt pojawi się na twarzy obdarowanego, a co za tym idzie, współpraca będzie chętniej kontynuowana w przyszłym roku. Dlatego szukając pomysłu na prezent dla naszych klientów postanowiliśmy odpuścić sobie zakup suchych jak żarty z Familiady pierników, czy gipsowych aniołków przypominających bardzie Micka Jaggera niż bożego posłańca. Jaki jest więc idealny prezent biznesowy? Odpowiedź jest prosta, ale nie oczywista. Elegancki i  premium – przy czym nie chodzi o koszt, a raczej o maksymalną personalizację. Przede wszystkim jednak musi być to prezent, który mile zaskoczy i zostanie na długo zapamiętany. Nie ma przecież sensu ukrywać, że świąteczny upominek to klucz do serca nawet najtrudniejszego we współpracy klienta. Credo naszej agencji to „kreujemy doświadczenia” i w przypadku prezentów biznesowych również staramy się to robić. Dwa lata temu, jak co roku zastanawialiśmy nad upominkami dla naszych klientów. Powstał wówczas pomysł, który przerodził się w świąteczną tradycję oraz…w ofertę. Rozesłaliśmy wówczas vouchery do teatru, które nasi klienci mogli wykorzystać z osobami towarzyszącymi. Ponieważ współpracujemy z firmami w całej Polsce, obdarowani mieli możliwość wyboru dowolnej sztuki w każdym teatrze w naszym kraju. Zainteresowani dzwonili do nas z informacją jaki teatr i spektakl wybierają, podawali także termin, a my zajmowaliśmy się rezerwacją i zakupem biletów. Efekt? 100% szczęśliwych klientów, którzy przyznali, że wyróżniliśmy się na tle innych agencji. Skoro pomysł okazał się tak udany, rok później poszliśmy z nim o krok dalej. Wykorzystaliśmy moment, w którym nasi klienci szukali inspiracji na świąteczne prezenty i zaproponowaliśmy im obsługę rezerwacji biletów do teatru dla ich partnerów biznesowych. Pozytywne emocje, których sami doświadczyli, skłoniły wielu z nich do skorzystania z oferty. Ubiegłoroczny mechanizm udoskonaliliśmy o landing page z formularzem zgłoszeniowym, za którego pośrednictwem obdarowani mogli wysłać prośbę o zakup biletów na spektakl w każdym teatrze w Polsce. Świąteczne Zaproszenia do Teatru postanowiliśmy uczynić coroczną tradycją. Chcemy, żeby naszym klientom Święta Bożego Narodzenia kojarzyły się z wyjątkowymi i niezapomnianymi wrażeniami od  Lookadu.
Żyjemy w dobie Facebooka, Instagrama, Youtube’a, słowem – cyfrowego ekshibicjonizmu. Przyzwyczailiśmy się, że wszystko jest publiczne i na widoku. Również dane wrażliwe… Postawmy sobie jednak szczere pytanie: kto z nas faktycznie strzeże informacji o sobie? Wielu osobom wydaje się, że niektóre dane są bez znaczenia. Istnieją jednak pewne firmy, które patrzą na tę sprawę zupełnie inaczej, oczami wyobraźni widząc spore sumy pieniędzy, jakie można uzyskać ze sprzedaży danych. Naszych danych. Rzecz pozornie bez znaczenia – ślady zostawiane przez nas w Internecie w postaci tzw. Cookies, nasze internetowe odciski palców, pracowicie zbierane przez wszystkie odwiedzane strony www. Zapamiętują wszystkie nasze działania, nawet najbłahsze, aby spersonalizować wyświetlane treści i wykroić reklamy idealnie pod rozmiar naszego portfela. Niby nic, lecz de facto mogą posłużyć przeciw nam, służąc potem również jako materiał do manipulacji, i to czasem nie byle jakiej. Afera z Cambridge Analytica dobitnie wykazała, jak potężną machiną do zmiany rzeczywistości potrafią być dane zbierane przez Facebooka na temat jego użytkowników. Kto wie, czy świat nie wyglądałby nieco inaczej, gdyby nie ingerencja Cambridge Analytica? Kto wie, czy ludzie w ogóle zdali sobie sprawę z powagi zagrożenia, jakim była kradzież informacji o ponad 50 milionach osób? Szafujemy na lewo i prawo adresem, PESEL-em, numerem dowodu osobistego. Sklepy stacjonarne i internetowe wymagają tych danych- czasem części, czasem wszystkich- przy zakładaniu kart stałego klienta, przy newsletterach, przy zamówieniach. Niektóre z tych danych są faktycznie niezbędne dla celów realizacji zakupu, ale przy części z nich powinna zapalić się czerwona lampka – w jakim celu te informacje są zbierane? Jak będą przetwarzane? I, przede wszystkim, jak zabezpieczone? W maju 2018 r. w całej Unii Europejskiej zaczęło funkcjonować rozporządzenie w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych. Założenie jak najbardziej chlubne, problemem stał się jednak fakt, że RODO nie doprecyzowało zakresu działań, jakie dysponent danych ma podjąć podczas ich przetwarzania. RODO jedynie ogólnie zakreśla aspekty działania, a dysponenci sami decydują, jakimi danymi będą obracać i w jakim stopniu są je w stanie zabezpieczyć. Zwiemy to tzw. podejściem uwzględniającym ryzyko (ang. risk based approach). Nie każdy sobie z tym radzi, stąd też biorą się różne kuriozalne nieraz sposoby postępowania poszczególnych dysponentów danych, o czym mogliśmy się niedawno przekonać czytając różne medialne doniesienia. Czy RODO odniosło pożądany skutek? W pewnej mierze tak, choć na jak długo, okaże się z biegiem czasu. Czy zapanuje w tej materii większy niż dotychczas porządek, czy też co bystrzejsi wyłudzacze danych opracują nowe sposoby obejścia rozporządzenia? Dużym problemem wśród konsumentów jest bezrefleksyjnie udzielana zgoda na przetwarzanie naszych danych. Biorąc udział w różnorakich internetowych konkursach czy zabawach, za każdym razem proszeni jesteśmy o wyrażanie zgody na przetwarzanie i udostępnianie naszych danych osobowych. Mało kto zastanawia się, jakiego rodzaju skutki to rodzi, choć jednocześnie zżyma się na liczbę niechcianych telefonów od firm telemarketingowych. Złudna nadzieja na wygranie czegoś bywa jednak silniejsza od nieprzyjemnych następstw. Zbiór sposobów ochrony danych brzmi jak lista truizmów: nie szafujmy swoimi danymi i solidnie się zastanawiajmy komu i na co są one potrzebne, korzystajmy z możliwości wycofywania danych, ograniczajmy swoją ekspansywność w Internecie, osłaniajmy PIN przy płatnościach bezgotówkowych oraz przy wypłatach pieniędzy z bankomatów… Niby wszyscy to wiedzą, ale ile osób stosuje? Tak naprawdę jedyną niezawodną receptą jest zdrowy rozsądek. Póki nie nauczymy się robić zakupów z głową, póty będziemy zostawiać otwartą furtkę do naszego bezpieczeństwa.
Być czy mieć? Odwieczny dylemat… Część osób powie „być”, ktoś inny powie „mieć”, a kolejna grupa stwierdzi, że jedno nie wyklucza drugiego. Holistycznie rzecz można ująć tak: wszystkie istoty żywe dążą do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb: jedzenia i snu, człowiek zaś dodatkowo – do zaspokojenia potrzeby psychicznego bezpieczeństwa i szczęścia. Człowiek mający zabezpieczony byt materialny i środki odłożone na przysłowiową czarną godzinę z pewnością śpi spokojniej aniżeli osoba żyjąca w drżeniu od pierwszego do pierwszego. A więc: tak, pieniądze bez wątpienia w pewnej mierze ułatwiają życie. Część osób powie „być”, ktoś inny powie „mieć”, a kolejna grupa stwierdzi, że jedno nie wyklucza drugiego. Holistycznie rzecz można ująć tak: wszystkie istoty żywe dążą do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb: jedzenia i snu, człowiek zaś dodatkowo – do zaspokojenia potrzeby psychicznego bezpieczeństwa i szczęścia. Człowiek mający zabezpieczony byt materialny i środki odłożone na przysłowiową czarną godzinę z pewnością śpi spokojniej aniżeli osoba żyjąca w drżeniu od pierwszego do pierwszego. A więc: tak, pieniądze bez wątpienia w pewnej mierze ułatwiają życie. Dała mi niedawno do myślenia moja rozmowa z pewnym znajomym, który wrócił z podróży po Burkina Faso. Stwierdził on, że po tej wyprawie zweryfikował swoje poglądy zarówno na temat biedy, jak i szczęścia: tubylcy, którzy żyją bardzo skromnie (czy wręcz, według naszych standardów, biednie) są zadowolonymi z życia, spokojnymi ludźmi. Dlaczego? Ano dlatego, że mają urodzajną ziemię, rodzącą wystarczającą na ich potrzeby ilość pożywienia. Wyciągają rękę i zrywają z drzewa owoc, odpada zatem kwestia głodu. Wracamy znów zatem do podstawowych potrzeb człowieka (w tym przypadku jedzenia, która jest zaspokojona), ale także do czynników społeczno- kulturalnych. Mieszkańcy tej części świata nie mają tak rozwiniętej jak my natury konsumpcjonistycznej czy czasem wręcz hedonistycznej. Nie zależy im ani na superautach, ani na markowych ciuchach czy luksusowej biżuterii, bo po prostu – jako społeczeństwo- nie mają tego na co dzień. Nie są atakowani przez reklamy, nawołujące: „kup! kup! kup!”, nie gonią bezrefleksyjnie za sztucznie kreowanymi modami, ani też nie produkują ton pół-śmieci. Można by rzec, że żyją według tak popularnej ostatnio w państwach zachodnich filozofii slow life, czy wręcz są jej prekursorami. Ironicznie stwierdzić można: hipsterzy, czyż nie? 😉 Spostrzeżenia te potwierdza w swych dziełach nieodżałowany Ryszard Kapuściński.. W Hebanie wielokrotnie przytacza sceny, gdzie ludzie żyjący w ubóstwie zachowują pogodę ducha, uśmiech i szczerość uczuć. Szczególnie efektownym obiektem obserwacji Kapuścińskiego jest pewien Afrykańczyk o wdzięcznym imieniu Apollo [sic!], który ze stoickim spokojem prasuje starym żelazkiem węglowym (kto dziś zna takie?) swą jedyną koszulę, tysiąckrotnie już naprawianą. Koszula nie jest już patchworkowa, ona jest esencją, kwintesencją patchworku. Mimo to Apollo dąży, by czuć się w niej schludnie, by czuć się w niej elegancko, po prostu by czuć się w niej dobrze. Może to jest właśnie lekcja dla nas, zepsutych bezrefleksyjnie zdobywanym dobrobytem; może na takich właśnie ułamkach pozytywnych odczuć buduje się szczęście? ONZ od lat zleca monitorowanie poziomu szczęścia 155 narodów. Bierze się pod uwagę m.in..: PKB, relacje rodzinne, dostęp do opieki medycznej czy oczekiwaną długość życia w zdrowiu; wyniki przedstawiane są w postaci raportu (World Happiness Report). Warto zwrócić uwagę na fakt, iż nie zawsze bogactwo kraju idzie w parze z poczuciem szczęścia jego obywateli. Przykładem są np. niezbyt zamożne kraje Ameryki Łacińskiej, będące przecież wysoko w rankingu. Au contraire, państwa zamożne, mające wysokie PKB, takie na przykład jak Japonia czy Tajwan, zajmują w raporcie stosunkowo niskie miejsce. Zauważyć należy na marginesie, że mają one kłopot z wysokim współczynnikiem depresji czy samobójstw. Upatrywać tu należy przyczyn leżących w sferze kulturalno- społecznej, gdzie nie ma społecznego przyzwolenia na okazywanie słabości, jest za to olbrzymie parcie na osiągnięcie sukcesu (rozumianego właśnie w kategoriach materialnych), co u mniej odpornych psychicznie osób skutkuje życiem w ciągłym napięciu. Dla Polaków mam dobrą wiadomość: jako naród regularnie awansujemy w tej klasyfikacji. W roku 2017 zajmowaliśmy 46. lokatę, podczas gdy w pierwszym opublikowanym rankingu byliśmy blisko setnego miejsca. Czyżby i u nas coraz częściej nuciło się pod nosem „Don’t worry, be happy”? A więc: kupować czy nie kupować? Oczywiście, że kupować! Tyle, że niech receptą będzie tu złoty środek, w tym przypadku umiarkowanie w konsumpcji. Niech Wschód spotka Zachód, przynajmniej w kwestii materializmu. Kupujmy rzeczy ulubionych marek – ale sprawdzone, dobrej jakości, trwałe. Spełniajmy swoje materialne marzenia, nie szkodząc jednocześnie środowisku ani nie zmieniając się w materialistyczne zombie. Nie ma niczego złego w zakupach, w sprawianiu sobie przyjemności nową filiżanką, nowym kocem czy nowym telewizorem; zachowujmy jednakże pamięć o elementarnych życiowych wartościach. Wypijmy zatem tę filiżankę herbaty przy dobrym filmie, ale tuląc się pod kocem do bliskiej osoby.