26.11.2018

Korzyści na start

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Wdrożyliśmy program „Korzyści na start”, w ramach którego wybranym instalatorom, z okazji otwarcia nowego oddziału hurtowni Kaczmarek electric wysyłamy specjalny pakiet powitalny.…

01.06.2018

FujiFilm X Sales System

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Startuje program lojalnościowo-motywacyjny skierowany do pracowników sieci salonów AB Foto. Uczestnicy programu zbierają na karty przedpłacone punkty, które następnie mogą wymieniać na…

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Każdy, kto chociażby otarł się o pracę w agencji reklamowej wie, że nie ma realizacji bez brainstormingu. Jest tyle technik prowadzenia burzy mózgów, ile agencji – chociaż istnieją pewne określone metody i scenariusze. W poniższym tekście wymienimy i opiszemy pierwszą część tych, które sprawdzają się u nas. Wodzu, prowadź. Oczywiście, jak przy każdej pracy zespołowej, potrzebny jest moderator, czyli osoba biorąca na siebie mobilizowanie wszystkich zebranych i z początku nieśmiałych (tak, w agencjach reklamowych też pracują introwertycy) mózgownic do działania. Pierwszą rzeczą, jaką musi ów spiritus movens wykonać, jest podsumowanie briefu i określenie tego, co już wiemy, jakie mamy insighty i na czym możemy budować pomysł. Jego rola jest trudna, ponieważ nie wystarczy wygłosić kilku zdań, a następnie z wyuczonym gestem zachęcającym powiedzieć „prosz” i dyskusja sama się rozpocznie. Nasz strateg Andrzej jest mistrzem szukania zaczepek i z uporem maniak wbija kij w mrowisko briefu Sam zawsze na początku podsuwa rozwiązania, które rozpętają burzę, a czasem nawet prawdziwe sztormy i nawałnice. Na to właśnie zawsze czeka Mariusz – szef naszego działu kreatywnego. Nie ma głupich pomysłów! Tę zasadę musimy przyjąć za prawdę objawioną. Nawet najbardziej absurdalna idea może zaprowadzić nas do genialnego rozwiązania. Pozwólmy więc uczestnikom puścić wodze fantazji i nie gaśmy ich entuzjazmu uszczypliwymi uwagami. Pochylmy się nad każdym kosmicznym pomysłem i (jeśli się da) spróbujmy wyciągnąć z niego insighty. Podczas pracy nad projektem mogą pojawić się dziesiątki, a nawet setki pomysłów, zanim trafimy na ten właściwy. Cierpliwości. W naszej agencji reklamowej wprowadziliśmy projekt BrainFruu, do którego zapraszamy osoby z innych działów. Mają dzięki temu okazję oderwać się od codziennych obowiązków i skosztować kreatywnej pracy. Okazało się, że osoby te przedstawiają ciekawy punkt widzenia, za którym często podążamy. Są też swego rodzaju papierkiem lakmusowym, oceniającym nasze pomysły. Mapy myśli? Zawsze staramy się je robić, ale czy  kiedyś jakaś powstała od początku do końca, z pięknie wyznaczoną strukturą, logiczna i przejrzysta? Bądźmy szczerzy, że (przynajmniej w przypadku naszej agencji reklamowej) chaos sprzyja kreatywnemu myśleniu. Oczywiście, po każdym brainstormingu prowadzący zbiera wszystkie poruszone kwestie w spójną, zrozumiałą całość i rozsyła efekt pracy pozostałym członkom zespołu, ale finalnie do klienta trafia raczej prezentacja z gotowym rozwiązaniem. Możemy w niej jedynie jako ciekawostkę krótko przedstawić tok naszego myślenia. Tzw. minutki ze spotkania trawimy raz jeszcze przy biurku, analizujemy dokładnie i spisujemy uwagi, które właśnie przyszły nam do głowy – od nich zaczynamy kolejny brainstorming.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Każdy z nas lubi, gdy inni zauważają i doceniają nasze oddanie sprawie, niezależnie od jej wagi. Ta zasada sprawdza się również w biznesie. Zauważony i odpowiednio doceniony pracownik lub partner biznesowy będzie świetnym reprezentantem naszej firmy w kontakcie z klientem, a na fundamencie jego zaangażowania zbudujemy silną markę. Stworzenie przemyślanego i skutecznego systemy gratyfikowania pracowników, np. za aktywną sprzedaż, nie jest prostym zadaniem. Musimy szczegółowo opracować zasady i kryteria, jakie uczestnik powinien spełnić, aby otrzymał bonus. Wprowadzenie programu lojalnościowego, bo o nim mowa, warto więc zlecić zewnętrznej firmie z doświadczeniem w podobnych realizacjach. Poniżej znajdziesz kilka najważniejszych zasad, jakie każdorazowo stosujemy przygotowując nowy program lojalnościowy B2B, opracowane na podstawie realizacji dla jednego z naszych klientów z branży artykułów dla zwierząt.
  1. Mechanizm to podstawa
Sercem każdego programu lojalnościowego B2B i B2C jest mechanika. Składa się ona z kryteriów opracowanych dla wszystkich uczestników, sposobu weryfikacji wyników sprzedażowych oraz systemu nagradzania. Przygotowanie mechaniki nagradzania lojalności zawsze rozpoczynamy od dogłębnej analizy potrzeb klienta oraz badania obecnej sytuacji rynkowej, dzięki czemu jesteśmy pewni, że przygotowane rozwiązania są możliwe do realizacji w założonych ramach czasowych. Każdy program lojalnościowy musi zakładać bardzo konkretne cele.
  1. Należy mierzyć siły na zamiary
Dla naszego klienta przygotowaliśmy program motywacyjno-lojalnościowy B2B, którego celem było podniesienie sprzedaży wybranych produktów z dotychczasowej oferty i zwiększenie wiedzy produktowej wśród przedstawicieli handlowych. Mechanizmy szablonowe wykluczyliśmy już na samym początku, ponieważ na pewno nie przyniosą zamierzonych efektów. Zależało nam na tym, żeby program faktycznie motywował i zachęcał do podnoszenia wyników sprzedażowych, a nie stawiał przed uczestnikami zadań trudnych lub wręcz niemożliwych do wykonania. Dlatego na podstawie danych dostarczonych przez klienta określiliśmy targety sprzedażowe dla każdego z przedstawicieli z osobna, aby dać im równe szanse.
  1. Określenie adresatów programu jest kluczem do sukcesu sprzedażowego
Naszą rekomendacją dla klienta było skierowanie programu do przedstawicieli handlowych. To oni poprzez swoją pracę, wiedzę oraz aktywność odgrywają kluczową rolę w procesie sprzedaży. Ich rady oraz rekomendacje mają bezpośredni wpływ na wybory dokonywane przez detalistów, a później konsumentów. Ogromnie ważna w tej grupie jest budowa motywacji, wiedzy i nawyków.
  1. Spersonalizowana nagroda motywuje najskuteczniej
Coraz popularniejszym sposobem nagradzania stają się karty przedpłacone, które wykorzystaliśmy w ramach programu lojalnościowego. Każdemu przedstawicielowi handlowemu wręczyliśmy spersonalizowaną kartę przedpłaconą, a wypłacane środki są odzwierciedleniem osiągniętych targetów sprzedażowych.
  1. O pozytywne doświadczenia należy dbać na każdym etapie budowania lojalności
Bardzo ważnym elementem całego projektu jest właściwa komunikacja z uczestnikami programu. Proces ten rozpoczynamy od wręczenia każdemu uczestnikowi zaproszenia wraz z pakietem powitalnym. Indywidualne podejściu do każdego z uczestników pomaga nam skutecznie zachęcić ich do wzięcia udziału w programie.
  1. Uczestnicy powinni mieć wygodne i funkcjonalne środowisko komunikacyjne
W kolejnych etapach komunikujemy się z uczestnikami programu już w ramach specjalnie przygotowanego oprogramowania. Platforma komunikacyjna, zbudowana w oparciu o najnowsze rozwiązania techniczne, umożliwia uczestnikom szybkie uzyskanie informacji na temat aktualnych postępów w realizacji celów. Przedstawiciel handlowy ma dostęp do aktualności związanych z produktami oraz firmą, e-learningów, a także może zlecić wypłatę nagrody po realizacji celów zarówno na urządzeniach mobilnych, jak i na komputerach.
  1. Wszystko musi być pod kontrolą
Dla prawidłowego funkcjonowania programu kluczowa jest osoba, która będzie obsługiwała całe przedsięwzięcie, udzielała wsparcia merytorycznego uczestnikom, a także kontrolowała punktację i wypłatę środków. Zadaniem prowadzącego jest również dbanie o prawidłowy przepływ informacji między klientem i agencją.   Doświadczony usługodawca to gwarantowany sukces dla Twojego biznesu W agencji Look Ad od wielu lat dostarczamy najwyższej jakości rozwiązania w zakresie przygotowania, wdrożenia oraz nadzorowania programów lojalnościowych. Opieramy się na wiedzy i doświadczeniu, które stale doskonalimy, aby przygotować dla naszych klientów zróżnicowane mechanizmy lojalnościowe B2B i B2C dopasowane do potrzeb.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Nazwa firmy jest ważna – czy trzeba do tego przekonywać? Tak jak człowiek zaczyna robić pierwsze, dobre wrażenie od przedstawienia się, tak samo marka buduje świadomość wśród klientów i skłania ich do zakupu po pierwsze przez swoją nazwę. Powiedzmy sobie szczerze, Pola Negri bardziej kojarzy się z seksbombą kina niemego Hollywood niż Apolonia Chalupec, a Atelier Amaro może mieć większą moc przyciągania kulinarnych koneserów niż Atelier Basiura. Nie oznacza to oczywiście, że Wojciech Modest Amaro nie otrzymałby gwiazdki Michelin, gdyby pozostał przy nazwisku Basiura, jednak budowanie marki osobistej byłoby dla niego trochę większym wyzwaniem (za granicą przez trudność w wymowie, w Polsce przez zwykłą złośliwość). Why? i teoria archetypów Naming jest trudnym i skomplikowanym procesem zaklinania unikalnego story i ostatecznie sukcesu w kilku słowach, które budzą zaufanie i zainteresowanie. Kluczowe jest zmierzenie się z odpowiedzią na pytanie Simona Sineka: why? Agencja powinna więc otrzymać szczegółowy brief, który określa charakterystykę marki, specyfikę firmy i branży, grupę docelową, konkurencję oraz korzyści dla klientów i potencjalnych pracowników. Idealnie byłoby znać również preferowany język i styl, w jakim marka chce się porozumiewać, a także słowa lub pojęcia zakazane, z którymi w żadnym wypadku nie chce być kojarzona. Kiedy mamy już te wszystkie informacje, możemy stworzyć sobie postać, która odpowiada jednemu z 12 archetypów marki, opracowanych przez Margaret Mark i Carol S. Pearson. Teoria archetypów pomaga przy tworzeniu nazw, ponieważ prowadzi do odkrywania tożsamości marki, jej mocnych stron i stworzenia unikatowej komunikacji z odbiorcami. Naming krok po kroku Jaka powinna być więc dobra nazwa? Zrozumiała. Pokusa puszczenia wodzy fantazji jest duża, jednak wielu się już na tym przejechało. Ważne jest też, aby nazwa nie zawierała słów, które w różnych krajach mogą być zrozumiane niekoniecznie zgodnie z intencją autora, żeby uniknąć dowcipów w stylu: „przepaliła mi się żarówka, więc zaraz to wszystko Osram”. Nazwa musi być łatwa do zapamiętania, kojarząca się pozytywnie i budząca zainteresowanie. Żeby było trudniej, powinna być przy tym wszystkim niezwykła i unikatowa. Ma opowiadać historię, budzić pozytywne emocje w grupie docelowej, odzwierciedlać charakter marki, odnosić się do świata odbiorcy i przede wszystkim SPRZEDAWAĆ. Tak naprawdę nie ma znaczenia długość nazwy – nie musi ona być koniecznie jak najkrótsza, o ile spełnia powyższe warunki. Tworząc nazwę firmy, musimy też brać pod uwagę dostępność domeny dla strony internetowej. I w tym momencie entuzjazm oraz kreatywne zacięcie zespołu mogą zostać brutalnie ostudzone przez rzeczywistość, bo nagle okazuje się, że na ten błyskotliwy i iście genialny pomysł już ktoś wcześniej wpadł. Domena zajęta, co niestety zdarza się bardzo często. Jest to szalenie ważna część procesu namingowego, ponieważ za wszelką cenę chcemy uniknąć skutków prawnych. Zespół zajmujący się tworzeniem nazw wstępnie sprawdza dostępność domen, jednak pomysły powinny być przekazane prawnikowi, który ostatecznie potwierdzi, że nazwa może zostać wykorzystana. Znaki towarowe i nazwy chroni szereg obostrzeń, które zostały zawarte w Kodeksie Cywilnym i Kodeksie Spółek Handlowych. Wybierając nazwę musimy kierować się spełnieniem warunków umożliwiających zarejestrowanie jej. Powinniśmy też pomyśleć o ochronie przed kopiowaniem jej w obrębie tego samego zakresu działalności, co zapewni udanie się do Urzędu Patentowego. Kiedy zapali się zielone światło prawa, możemy przystępować do dalszych zadań, czyli do opracowania claimu marki, story, logotypu oraz całej identyfikacji wizualnej. Wszystko musi być spójne i utrzymane w takiej konwencji, która trafi prosto tam, gdzie powinna, czyli do świadomości naszych odbiorców. Dobrze jest zrobić wstępne badania focusowe przed reprezentantami targetu, które albo utwierdzą nas w przekonaniu, że wykonaliśmy dobrą robotę, albo pomogą nieco zmienić kierunek. Case study Do naszego portfolio niedawno dołączyła realizacja związana z namingiem dla firmy outsourcującej specjalistów IT z Europy Wschodniej (głównie z Ukrainy) do pracy zdalnej przy projektach programistycznych, realizowanych przez przedsiębiorstwa z Europy Zachodniej. Firma zapewnia biura i odpowiedni sprzęt specjalistom oraz zajmuje się obsługą kadrową, księgową i prawną. Nazwa oraz identyfikacja wizualna miała być skierowana przede wszystkim do programistów, aby zachęcić ich do wysyłania CV i pracy w międzynarodowym środowisku bez konieczności opuszczania rodzinnego kraju. Naszym archetypem marki był opiekun, ale w pewnym momencie przybrał on postać Ojca Chrzestnego. Specjaliści IT to dość specyficzna grupa, której środowiskiem naturalnym jest kod. Świat programowania kojarzył nam się mocno z undergroundem hackerskim. Powstał więc BandIT House. Nazwa, oprócz tego, że zawiera skrót IT, jest zaproszeniem do szczególnej grupy, która działa zdalnie, a więc w pewnym sensie w ukryciu. To underground masterów programowania, mających przewagę kompetencji i silne wsparcie organizacyjne za sobą, dzięki któremu mogą skupić się na tym, w czym są najlepsi. Komunikację wizualną oparliśmy na systemie zero-jedynkowym, na czarnym tle, a najważniejsze informacje wyróżniliśmy kolorem czerwonym oraz wpletliśmy symbole charakterystyczne dla kodowania. Logotyp jest inspirowany klimatem westernowym, dzięki czemu nowoczesny underground przenika się z młodzieżowymi fantazjami o przygodach bohaterów wyjętych spod prawa. Hasło firmy The best IT people mówi wyraźnie, że mamy do czynienia z profesjonalistami (z którymi lepiej nie zadzierać 😉).

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

(Nie)zwykły kubek, czyli jak personalizujemy materiały marketingowe Personalizację opartą o systemy CRM wszyscy znamy i uświadamiamy sobie jej działanie. Zostawmy jednak personalizację online i poświęćmy trochę więcej uwagi tej bardziej tradycyjnej. Personalizacja materiałów marketingowych nie sprowadza się do wykorzystania imienia klienta. Jest to oczywiście mile widziane, ale w pewnych kontekstach niewystarczające. Musimy o tym pamiętać szczególnie w przypadku marek i produktów drogich lub luksusowych, kiedy decyzja zakupowa trwa zdecydowanie dłużej, a klienci oczekują „czegoś więcej”. To, co zaskakuje najbardziej i to, czego jako konsumenci jesteśmy spragnieni, to indywidualne podejście i personalizacja w realu. Już po zakupie należy utwierdzać klienta w przekonaniu, że podjął właściwą decyzję nie tylko ze względu na jakość produktu i wysoki poziom obsługi. Ważne jest dla niego również poczucie, że marka nadal o niego zabiega (np. bodźcując go dedykowanymi materiałami marketingowymi). Staramy się, aby klient został aktywnym użytkownikiem marki, który chętnie angażuje się w jej życie. Proces kreowania skutecznych materiałów marketingowych najlepiej będzie zobrazować na przykładzie. Weźmy upominek powitalny dla nowych klientów po dokonaniu zakupu, który przygotowaliśmy dla klientów Mazdy. Co wiemy o klientach? Wiadomo, że na początku znajomości marka wie o klientach niewiele, dlatego możemy na tym etapie myśleć o nich jako o zbiorze osób, dla których szukamy wspólnego mianownika. Co ich łączy? Co łączy nas wszystkich? Chociażby to, że każdy z nas coś wypija o poranku. Dzielimy się w tym kontekście na dwie grupy: kawoszy i entuzjastów herbaty. Idąc tym tropem, wychodzi nam…kubek? Banalne. W sumie niekoniecznie. Możemy stworzyć z niego wartościowe narzędzie marketingowe – musimy się tylko trochę postarać. Na co nas stać? Jeśli nie chcemy wydawać dużych pieniędzy na materiały marketingowe, powinniśmy zastanowić się, w jaki sposób możemy podnieść ich wartość symboliczną. Nie należy bać się rozwiązań dedykowanych, ponieważ nie zawsze oznaczają one poniesienia ogromnych kosztów. Nawet zwykły kubek może stanowić cenny i unikatowy prezent dla klientów. Co wiemy o marce? Wiemy, że marka to coś więcej niż logotyp. Wiadomo też, że firmy lubią podkreślać swoją historię, korzenie, misję, filozofię, reason to belive, unique selling proposition, które musimy wziąć na warsztat i pomyśleć ,w jaki sposób je wykorzystać. Zaglądając dostatecznie głęboko, znajdziemy coś interesującego, w czym ujrzymy potencjał do dalszej obróbki. Mission completed Przy projektowaniu upominku dla klientów Mazdy odkryliśmy, że w symbolice japońskiej sowa oznacza szczęśliwą drogę, co idealnie pasowało do kontekstu marki samochodowej. Tak powstał designerski kubek z wizerunkiem sowy, który doczekał się trzech edycji: białej, czerwonej (w odcieniu Soul Red, który jest flagowym kolorem Mazdy) i czarnej ze zmodyfikowanym reliefem. Więcej na ten temat znajdziecie na naszej stronie w zakładce realizacje. Na czym polega tutaj personalizacja? Na tym, że stworzyliśmy coś unikatowego – coś, czego nie będzie miał nikt poza klientami Mazdy.     Wyjątkowy pakiet powitalny Kubek stał się punktem wyjścia do pakietu powitalnego, który zawierał również imienne nagranie powitalne, które włączało się po podniesieniu wieczka pudelka – przygotowaliśmy około 200 powitań z najpopularniejszymi imionami. Stworzyliśmy także folder z informacjami m.in. o historii marki i benefitach, który również stanowił pole do personalizacji. W zależności od tego, jaki model Mazdy klient kupił, dostawał folder, w którym na wewnętrznej stronie okładki widniało zdjęcie właśnie jego modelu. Pakiet rozpoczyna ścieżkę utrzymywania relacji z klientami. Krokami na tej ścieżce są personalizowane działania lojalnościowe, bazujące na dostarczaniu użytkownikom marki pozytywnych doświadczeń i prowadzące do dokonania ponownego zakupu.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Trzeba przyznać, że nazwy gier słownych są nie mniej kreatywne, niż same gry, które z nich powstają. Idiomy, metafory, kolokacje, kalambury, przysłowia… Błyskotliwe zabawy językiem często spotykamy w różnego rodzaju przekazach marketingowych. Gra słów skutecznie pobudza aktywność odbiorców pod warunkiem, że zostanie w mig wyłapana. Dlatego, choć pokusa jest duża, nie należy brnąć w wieloznaczność zbyt głęboko. Przedstawiamy kilka przykładów naszych realizacji, w których wykorzystaliśmy gry słowne.   Dobry insight to już połowa sukcesu! Kiedy od wydawnictwa Klett otrzymaliśmy brief na przygotowanie key visuali do broszury reklamowej podręczników przedszkolnych, w centrum naszych rozważań miał znaleźć się nauczyciel. Kluczem więc było znalezienie odpowiedniego insightu. Postawiliśmy na troskę nauczycieli przedszkolnych o przyszłość swoich podopiecznych. Skonstruowaliśmy content, który miał uświadomić nauczycielom, że Klett Polska docenia wysiłek, jaki wkładają oni w rozwój maluchów. Oferuje im wiec najlepsze narzędzia edukacyjne, które ułatwią pracę z maluchami i pomogą rozwijać ich naturalne predyspozycje. Tak powstała seria czterech key visuali chwytających za serce: „To Ty zaszczepiłaś jej chęć pomagania” (do tego zdjęcie dziewczynki, która w przebraniu lekarza bada misia stetoskopem). Subheadline: „My znaleźliśmy receptę na współczesną edukację” jest dalszym ciągiem zabawy słowem w kontekście dziecięcych pragnień o byciu lekarzem. „Od początku mógł na Ciebie liczyć. Ty możesz liczyć na nasze wsparcie merytoryczne”. Key visual przedstawiał chłopca bawiącego się liczydłem. „Teraz Ty kierujesz jego przyszłością. My pomagamy kierunkować wszechstronną edukację dzieci.” Wykorzystaliśmy zdjęcie chłopca szalejącego w dziecięcym samochodziku. „Codziennie dokładasz kolejny element ich sukcesu. My dokładamy kolejne narzędzia edukacyjne dla nauczycieli”. Key visual przedstawiał dzieci, które układają klocki. Wszystkie key visuale spotkały się z niezwykle pozytywnym odbiorem, co przełożyło się na zwiększenie zainteresowania ofertą podręczników dla maluchów. Gra słowna zadziałała marketingowo. Choć w tym przypadku była to raczej gra słowem i obrazem.   Nie trzeba szukać daleko, skoro sam produkt inspiruje. „Nauka języka w kostkach” – co kryje się pod tym hasłem? Slogan ten stworzyliśmy również dla wydawnictwa Klett, a dotyczył on gry służącej nauce języków obcych dla uczniów na różnym poziomie zaawansowania. Gra bardzo pobudza kreatywność, a polega na rzucaniu kostek z obrazkami, na podstawie których uczestnik musi wymyślić i opowiedzieć historię w języku obcym. Już sam produkt był dla nas inspiracją do stworzenia przewrotnego hasła.   Dobry humor zawsze się sprawdza! Wprowadzenie nowego produktu, który nie dość, że zachęca dorosłych do nauki języków obcych, i to jeszcze metodą obrazkową, wymaga podjęcia szczególnych środków. Kiedy stanęliśmy przed wyzwaniem opracowania kampanii reklamowej promującej słowniki obrazkowe PONS, postanowiliśmy dotrzeć do grupy docelowej w zabawny sposób. Hasło „Możesz uczyć się godzinami, albo obrazkami!” umieściliśmy w zestawieniu z grafiką zegara ściennego, a dzięcioł w okularach apelował: „Nie kuj! Oglądaj!”. Kampania została przygotowana w kanale digital, natomiast w kolejnym etapie wykorzystaliśmy rysunkową stylistykę do w materiałach POS, które pojawiły się w sieci salonów Empik.   Odbiorca już dawno przestał zauważać generyczny przekaz… Wieloznaczność jest ambrozją dla duszy dzisiejszego klienta. Wszyscy mamy już dość pretensjonalnych sloganów, w których każdy twierdzi, że jest najlepszy i jedyny. Puszczenie oczka do klienta inteligentnym hasłem wywoła uśmiech na jego twarzy i uwiarygodni w jego odczuciu markę lub produkt.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Kiedy copywriter pochyla się nad klawiaturą, żeby stworzyć chwytliwe hasło, po jego głowie toczą się tysiące myśli, niczym gromady pingwinów przemierzających lodowce. Albo żadna, w zależności od tematu. Kreacja przekazu na tyle ciekawego, żeby przebił się w gąszczu najróżniejszych komunikatów, jest nie lada wyzwaniem. Copywriter powinien poczuć ciężar odpowiedzialności, ponieważ dobry slogan to solidna podstawa, na której firmy budują swój wizerunek i niepowtarzalną komunikację marketingową z rynkiem. Nie może to być przypadkowy zlepek słów. Hasło reklamowe musi zrobić na klientach wrażenie tak silne, aby wywołać konkretną reakcję – przyciągnąć ich do marki. Co wobec tego charakteryzuje dobre hasło reklamowe?
  1. Spójność ze strategią i wartościami oraz identyfikacją marki lub produktu
Myśląc nad hasłem trzeba pamiętać o marce czy produkcie, który ma ono promować i skupić się na kluczowych cechach. Pozbawiony spójności z komunikacją marketingową slogan jest bezużyteczny i zapisze się w rozdziale historii reklamy pod tytułem „copywriter płakał, jak wymyślał”. Istotne jest trzymanie się pewnych ram, określających ofertę. Warto stworzyć sobie listę słów, które kojarzą nam się z daną branżą, z produktem, jego cechami, emocjami, które budzi. Często brief zawiera już wykaz słów związanych z marką. Z pomocą takiej listy możemy dobrać (sensowne) zestawienia słowne, które wiele mówią o marce. Dobrym przykładem jest slogan sieci salonów jubilerskich APART – Z miłości do piękna. Biżuteria bez wątpienia kojarzy się z pięknem, podkreślaniem urody, a otrzymujemy ją od ukochanych osób.
  1. Coś, czego nie mają inni
Niemal każdy segment rynku jest przesycony podobnymi produktami i usługami. Znalezienie unique selling proposition (USP) bywa w związku z tym piekielnie trudne, ale warto się do tego przyłożyć. Nie wystarczy już być najlepszym, oferować najwyższą jakość, być ekspertem w danej dziedzinie – wszyscy inni mówią to samo od lat. Nie trzeba nawet sięgać zbyt głęboko, żeby znaleźć idealny wyróżnik. Dlaczego jesteśmy unikatowi? Chociażby dlatego, że prezentujemy Wyższą kulturę bankowości. Dodajmy do tego eleganckich ludzi w melonikach i mamy dopięty na ostatni guzik wizerunek banku.
  1. Tworzenie więzi z klientami
Finalny odbiorca produktów czy usług musi zostać przekonany do tego, że właśnie od nas i tylko od nas otrzyma to, czego oczekuje. Wspomóżmy się np. personą. Stwórzmy modelowego klienta ze wszystkimi jego pragnieniami i słabościami. Określmy jego zainteresowania, sposób spędzania wolnego czasu. Zastanówmy się co go frustruje, a co motywuje, jakie problemy musi rozwiązywać na co dzień i co jest dla niego ważne. Odpowiednie insighty pomogą nam określić najlepszą korzyść, jaką marka może zaproponować klientowi. Może się okazać, że wcale nie będzie to wymierna korzyść, ale wartość emocjonalna, jak np. Bielenda Pomyśl o sobie albo Twój kot kupowałby Whiskas.
  1. Wiarygodność
Odbiorca powinien uwierzyć w to, co chcemy mu przekazać. Mówmy językiem korzyści, ale nie przesadzajmy – poprzez slogan reklamowy składamy obietnicę, z której musimy się wywiązać. Jaki jest reason to belive produktu czy marki? Ubierzmy go w odpowiednie słowa tak, aby przekonać klienta, że może nam zaufać, jak np. zrobił to x-kom – Inteligentny wybór.
  1. Minimum słów, maksimum treści
Nawet najbardziej oczywisty przekaz, osadzony w określonym kontekście, może się okazać najbardziej trafnym. No to FRUGO. I wszystko jasne. A jak Chipsy przyszły, to aż Chce się Ż.
  1. Zabawy słowne
Od lat mamy okazję śledzić perypetie pewnego Żubra, który generalnie występuje w puszczy, ale czasem czai się tuż za rogiem, żeby zrobić skok na żabkę, a potem majestatycznie powstaje z jęczmienia i podchodzi bardziej. Slogany reklamowe Żubra tworzą błyskotliwe anegdoty, których od tak dawna nie mamy dość, chętnie je powtarzamy i zastanawiamy się, co też nowego usłyszymy wkrótce. Opracowanie tego jednego najważniejszego dla marki zdania wymaga wielu godzin intensywnej, kreatywnej pracy. Gra jest jednak warta świeczki. Najlepsze slogany reklamowe są przecież warte setki tysięcy dolarów.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Wino? Banalne. Miód pitny? Jeszcze banalniejsze. Czekoladki? Stać nas na coś bardziej kreatywnego. Świąteczny prezent biznesowy to nie tylko sympatyczne podziękowanie za całoroczną współpracę. Ma on również wymiar strategiczny. Tak. Im bardziej się postarasz o wyjątkowość i personalizację upominku, tym większy zachwyt pojawi się na twarzy obdarowanego, a co za tym idzie, współpraca będzie chętniej kontynuowana w przyszłym roku. Dlatego szukając pomysłu na prezent dla naszych klientów postanowiliśmy odpuścić sobie zakup suchych jak żarty z Familiady pierników, czy gipsowych aniołków przypominających bardzie Micka Jaggera niż bożego posłańca. Jaki jest więc idealny prezent biznesowy? Odpowiedź jest prosta, ale nie oczywista. Elegancki i  premium – przy czym nie chodzi o koszt, a raczej o maksymalną personalizację. Przede wszystkim jednak musi być to prezent, który mile zaskoczy i zostanie na długo zapamiętany. Nie ma przecież sensu ukrywać, że świąteczny upominek to klucz do serca nawet najtrudniejszego we współpracy klienta. Credo naszej agencji to „kreujemy doświadczenia” i w przypadku prezentów biznesowych również staramy się to robić. Dwa lata temu, jak co roku zastanawialiśmy nad upominkami dla naszych klientów. Powstał wówczas pomysł, który przerodził się w świąteczną tradycję oraz…w ofertę. Rozesłaliśmy wówczas vouchery do teatru, które nasi klienci mogli wykorzystać z osobami towarzyszącymi. Ponieważ współpracujemy z firmami w całej Polsce, obdarowani mieli możliwość wyboru dowolnej sztuki w każdym teatrze w naszym kraju. Zainteresowani dzwonili do nas z informacją jaki teatr i spektakl wybierają, podawali także termin, a my zajmowaliśmy się rezerwacją i zakupem biletów. Efekt? 100% szczęśliwych klientów, którzy przyznali, że wyróżniliśmy się na tle innych agencji. Skoro pomysł okazał się tak udany, rok później poszliśmy z nim o krok dalej. Wykorzystaliśmy moment, w którym nasi klienci szukali inspiracji na świąteczne prezenty i zaproponowaliśmy im obsługę rezerwacji biletów do teatru dla ich partnerów biznesowych. Pozytywne emocje, których sami doświadczyli, skłoniły wielu z nich do skorzystania z oferty. Ubiegłoroczny mechanizm udoskonaliliśmy o landing page z formularzem zgłoszeniowym, za którego pośrednictwem obdarowani mogli wysłać prośbę o zakup biletów na spektakl w każdym teatrze w Polsce. Świąteczne Zaproszenia do Teatru postanowiliśmy uczynić coroczną tradycją. Chcemy, żeby naszym klientom Święta Bożego Narodzenia kojarzyły się z wyjątkowymi i niezapomnianymi wrażeniami od  Lookadu.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Żyjemy w dobie Facebooka, Instagrama, Youtube’a, słowem – cyfrowego ekshibicjonizmu. Przyzwyczailiśmy się, że wszystko jest publiczne i na widoku. Również dane wrażliwe… Postawmy sobie jednak szczere pytanie: kto z nas faktycznie strzeże informacji o sobie? Wielu osobom wydaje się, że niektóre dane są bez znaczenia. Istnieją jednak pewne firmy, które patrzą na tę sprawę zupełnie inaczej, oczami wyobraźni widząc spore sumy pieniędzy, jakie można uzyskać ze sprzedaży danych. Naszych danych. Rzecz pozornie bez znaczenia – ślady zostawiane przez nas w Internecie w postaci tzw. Cookies, nasze internetowe odciski palców, pracowicie zbierane przez wszystkie odwiedzane strony www. Zapamiętują wszystkie nasze działania, nawet najbłahsze, aby spersonalizować wyświetlane treści i wykroić reklamy idealnie pod rozmiar naszego portfela. Niby nic, lecz de facto mogą posłużyć przeciw nam, służąc potem również jako materiał do manipulacji, i to czasem nie byle jakiej. Afera z Cambridge Analytica dobitnie wykazała, jak potężną machiną do zmiany rzeczywistości potrafią być dane zbierane przez Facebooka na temat jego użytkowników. Kto wie, czy świat nie wyglądałby nieco inaczej, gdyby nie ingerencja Cambridge Analytica? Kto wie, czy ludzie w ogóle zdali sobie sprawę z powagi zagrożenia, jakim była kradzież informacji o ponad 50 milionach osób? Szafujemy na lewo i prawo adresem, PESEL-em, numerem dowodu osobistego. Sklepy stacjonarne i internetowe wymagają tych danych- czasem części, czasem wszystkich- przy zakładaniu kart stałego klienta, przy newsletterach, przy zamówieniach. Niektóre z tych danych są faktycznie niezbędne dla celów realizacji zakupu, ale przy części z nich powinna zapalić się czerwona lampka – w jakim celu te informacje są zbierane? Jak będą przetwarzane? I, przede wszystkim, jak zabezpieczone? W maju 2018 r. w całej Unii Europejskiej zaczęło funkcjonować rozporządzenie w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych. Założenie jak najbardziej chlubne, problemem stał się jednak fakt, że RODO nie doprecyzowało zakresu działań, jakie dysponent danych ma podjąć podczas ich przetwarzania. RODO jedynie ogólnie zakreśla aspekty działania, a dysponenci sami decydują, jakimi danymi będą obracać i w jakim stopniu są je w stanie zabezpieczyć. Zwiemy to tzw. podejściem uwzględniającym ryzyko (ang. risk based approach). Nie każdy sobie z tym radzi, stąd też biorą się różne kuriozalne nieraz sposoby postępowania poszczególnych dysponentów danych, o czym mogliśmy się niedawno przekonać czytając różne medialne doniesienia. Czy RODO odniosło pożądany skutek? W pewnej mierze tak, choć na jak długo, okaże się z biegiem czasu. Czy zapanuje w tej materii większy niż dotychczas porządek, czy też co bystrzejsi wyłudzacze danych opracują nowe sposoby obejścia rozporządzenia? Dużym problemem wśród konsumentów jest bezrefleksyjnie udzielana zgoda na przetwarzanie naszych danych. Biorąc udział w różnorakich internetowych konkursach czy zabawach, za każdym razem proszeni jesteśmy o wyrażanie zgody na przetwarzanie i udostępnianie naszych danych osobowych. Mało kto zastanawia się, jakiego rodzaju skutki to rodzi, choć jednocześnie zżyma się na liczbę niechcianych telefonów od firm telemarketingowych. Złudna nadzieja na wygranie czegoś bywa jednak silniejsza od nieprzyjemnych następstw. Zbiór sposobów ochrony danych brzmi jak lista truizmów: nie szafujmy swoimi danymi i solidnie się zastanawiajmy komu i na co są one potrzebne, korzystajmy z możliwości wycofywania danych, ograniczajmy swoją ekspansywność w Internecie, osłaniajmy PIN przy płatnościach bezgotówkowych oraz przy wypłatach pieniędzy z bankomatów… Niby wszyscy to wiedzą, ale ile osób stosuje? Tak naprawdę jedyną niezawodną receptą jest zdrowy rozsądek. Póki nie nauczymy się robić zakupów z głową, póty będziemy zostawiać otwartą furtkę do naszego bezpieczeństwa.

Sorry, this entry is only available in Polish. For the sake of viewer convenience, the content is shown below in the alternative language. You may click the link to switch the active language.

Być czy mieć? Odwieczny dylemat… Część osób powie „być”, ktoś inny powie „mieć”, a kolejna grupa stwierdzi, że jedno nie wyklucza drugiego. Holistycznie rzecz można ująć tak: wszystkie istoty żywe dążą do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb: jedzenia i snu, człowiek zaś dodatkowo – do zaspokojenia potrzeby psychicznego bezpieczeństwa i szczęścia. Człowiek mający zabezpieczony byt materialny i środki odłożone na przysłowiową czarną godzinę z pewnością śpi spokojniej aniżeli osoba żyjąca w drżeniu od pierwszego do pierwszego. A więc: tak, pieniądze bez wątpienia w pewnej mierze ułatwiają życie. Część osób powie „być”, ktoś inny powie „mieć”, a kolejna grupa stwierdzi, że jedno nie wyklucza drugiego. Holistycznie rzecz można ująć tak: wszystkie istoty żywe dążą do zaspokojenia najbardziej podstawowych potrzeb: jedzenia i snu, człowiek zaś dodatkowo – do zaspokojenia potrzeby psychicznego bezpieczeństwa i szczęścia. Człowiek mający zabezpieczony byt materialny i środki odłożone na przysłowiową czarną godzinę z pewnością śpi spokojniej aniżeli osoba żyjąca w drżeniu od pierwszego do pierwszego. A więc: tak, pieniądze bez wątpienia w pewnej mierze ułatwiają życie. Dała mi niedawno do myślenia moja rozmowa z pewnym znajomym, który wrócił z podróży po Burkina Faso. Stwierdził on, że po tej wyprawie zweryfikował swoje poglądy zarówno na temat biedy, jak i szczęścia: tubylcy, którzy żyją bardzo skromnie (czy wręcz, według naszych standardów, biednie) są zadowolonymi z życia, spokojnymi ludźmi. Dlaczego? Ano dlatego, że mają urodzajną ziemię, rodzącą wystarczającą na ich potrzeby ilość pożywienia. Wyciągają rękę i zrywają z drzewa owoc, odpada zatem kwestia głodu. Wracamy znów zatem do podstawowych potrzeb człowieka (w tym przypadku jedzenia, która jest zaspokojona), ale także do czynników społeczno- kulturalnych. Mieszkańcy tej części świata nie mają tak rozwiniętej jak my natury konsumpcjonistycznej czy czasem wręcz hedonistycznej. Nie zależy im ani na superautach, ani na markowych ciuchach czy luksusowej biżuterii, bo po prostu – jako społeczeństwo- nie mają tego na co dzień. Nie są atakowani przez reklamy, nawołujące: „kup! kup! kup!”, nie gonią bezrefleksyjnie za sztucznie kreowanymi modami, ani też nie produkują ton pół-śmieci. Można by rzec, że żyją według tak popularnej ostatnio w państwach zachodnich filozofii slow life, czy wręcz są jej prekursorami. Ironicznie stwierdzić można: hipsterzy, czyż nie? 😉 Spostrzeżenia te potwierdza w swych dziełach nieodżałowany Ryszard Kapuściński.. W Hebanie wielokrotnie przytacza sceny, gdzie ludzie żyjący w ubóstwie zachowują pogodę ducha, uśmiech i szczerość uczuć. Szczególnie efektownym obiektem obserwacji Kapuścińskiego jest pewien Afrykańczyk o wdzięcznym imieniu Apollo [sic!], który ze stoickim spokojem prasuje starym żelazkiem węglowym (kto dziś zna takie?) swą jedyną koszulę, tysiąckrotnie już naprawianą. Koszula nie jest już patchworkowa, ona jest esencją, kwintesencją patchworku. Mimo to Apollo dąży, by czuć się w niej schludnie, by czuć się w niej elegancko, po prostu by czuć się w niej dobrze. Może to jest właśnie lekcja dla nas, zepsutych bezrefleksyjnie zdobywanym dobrobytem; może na takich właśnie ułamkach pozytywnych odczuć buduje się szczęście? ONZ od lat zleca monitorowanie poziomu szczęścia 155 narodów. Bierze się pod uwagę m.in..: PKB, relacje rodzinne, dostęp do opieki medycznej czy oczekiwaną długość życia w zdrowiu; wyniki przedstawiane są w postaci raportu (World Happiness Report). Warto zwrócić uwagę na fakt, iż nie zawsze bogactwo kraju idzie w parze z poczuciem szczęścia jego obywateli. Przykładem są np. niezbyt zamożne kraje Ameryki Łacińskiej, będące przecież wysoko w rankingu. Au contraire, państwa zamożne, mające wysokie PKB, takie na przykład jak Japonia czy Tajwan, zajmują w raporcie stosunkowo niskie miejsce. Zauważyć należy na marginesie, że mają one kłopot z wysokim współczynnikiem depresji czy samobójstw. Upatrywać tu należy przyczyn leżących w sferze kulturalno- społecznej, gdzie nie ma społecznego przyzwolenia na okazywanie słabości, jest za to olbrzymie parcie na osiągnięcie sukcesu (rozumianego właśnie w kategoriach materialnych), co u mniej odpornych psychicznie osób skutkuje życiem w ciągłym napięciu. Dla Polaków mam dobrą wiadomość: jako naród regularnie awansujemy w tej klasyfikacji. W roku 2017 zajmowaliśmy 46. lokatę, podczas gdy w pierwszym opublikowanym rankingu byliśmy blisko setnego miejsca. Czyżby i u nas coraz częściej nuciło się pod nosem „Don’t worry, be happy”? A więc: kupować czy nie kupować? Oczywiście, że kupować! Tyle, że niech receptą będzie tu złoty środek, w tym przypadku umiarkowanie w konsumpcji. Niech Wschód spotka Zachód, przynajmniej w kwestii materializmu. Kupujmy rzeczy ulubionych marek – ale sprawdzone, dobrej jakości, trwałe. Spełniajmy swoje materialne marzenia, nie szkodząc jednocześnie środowisku ani nie zmieniając się w materialistyczne zombie. Nie ma niczego złego w zakupach, w sprawianiu sobie przyjemności nową filiżanką, nowym kocem czy nowym telewizorem; zachowujmy jednakże pamięć o elementarnych życiowych wartościach. Wypijmy zatem tę filiżankę herbaty przy dobrym filmie, ale tuląc się pod kocem do bliskiej osoby.